Jedni z najbardziej ekscentrycznych artystów Wielkiej Brytanii mają w domu jedną pralkę, natomiast nie mają kuchni, bo jak twierdzą, gotowanie to bałagan. Śniadania jadają w kawiarni, a kolacje – w kurdyjskiej restauracji; zawsze zamawiają to samo. Nigdy nie ruszają się z East Endu, a w każdym razie nie bywają w londyńskim West Endzie, bo tam jest nudno i mieszkają sami bogacze. Popołudniami oglądają seriale pokazujące życie angielskiej klasy średniej. George śpi w piżamie, a Gilbert w kalesonach (pochodzi z Włoch i w Anglii ciągle mu zimno). Na co dzień noszą takie same garnitury i mają co najmniej po jednej (identycznej u obu) parze butów na każdy dzień tygodnia, bo jak mówią, wtedy buty w ogóle się nie niszczą.
Nudne? Przewidywalne? Zmienicie zdanie na wystawie „Jack Freak Pictures” w gdańskim CSW Łaźnia, czynnej do 5 lutego 2012.
Od 1969 r., kiedy w muzeum w Amsterdamie pomalowali się na złoto, stanęli na stole i zaśpiewali piosenkę „Underneatch the Arches”, Gilbert Proesch i George Passmore prowokują bez przerwy. Używali już w swoich pracach kału, moczu i spermy, wypinali do widzów pośladki... Najnowsza wystawa to szalone wariacje na temat Union Jack, flagi Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, ani Gilbert ani George nie uważają się za antyrojalistów, ani za mainstreamowych krytykantów państwa. Kiedy byli jeszcze początkującymi artystami, na każdej pracy pisali numer telefonu i naklejali znaczek z królową (ale nikt do nich nie dzwonił, twierdzi George). Teraz juz nie muszą tego robić. Ich prace pokazuje regularnie prestiżowa londyńska galeria White Cube, cztery lata temu w Tate Gallery odbyła się retrospektywna wystawa ich twórczości, w 1986 r. otrzymali prestiżową brytyjską Nagrodę Turnera.
Dwaj panowie w identycznych garniturach mówią: „Całe nasze życie jest szalone. Dopiero kiedy jesteś zorganizowany, uporządkowany, możesz sobie pozwolić na szaleństwo.”