Historia dwóch obrazów Rembrandta jest równie niesamowita, jak historia kolekcji, z której pochodzą. Wszystko zaczęło się właściwie od króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, wielkiego wielbiciela sztuk pięknych. To on zakupił obrazy z berlińskiej kolekcji Friedricha Paula von Kameke, wpisał do katalogu Galerii Królewskiej pod numerami 207 i 208 (do dziś widocznymi na płótnach) i powiesił w Łazienkach. Po śmierci króla obrazy zostały w rodzinie do 1815 r., kiedy kupił je Kazimierz Rzewuski, pisarz polny koronny słynny z zamiłowania do pojedynków (krążył o nim nawet wierszyk: „Z natury krewki, Skory do Zwady, Gotów się strzelać, Lub bić na szpady”). Rzewuski miał już wówczas 65 lat, pojedynków zaprzestał, a obrazy Rembrandta wywiózł do Wiednia. Po jego śmierci dzieła przeszły na własność córki Ludwiki, zamężnej z Antonim Józefem Lanckorońskim i już u Lanckorońskich pozostały. W 1902 r. Karol Lanckoroński udostępnił je publiczności.
W 1939 r. kolekcja Lanckorońskich została zrabowana przez gestapo i odnaleziona dopiero w 1944 r. w składzie w Altaussee koło Salzburga. Antoni Lanckoroński odzyskał obrazy w 1947 r., w 1950 r. zamknął je w szwajcarskim sejfie.
Utworzony w 1968 r. zespół historyków sztuki Rembrandt Research Project nie miał dostępu do dzieł, nie można więc było udowodnić, że rzeczywiście wyszły spod pędzla mistrza. Do tego obrazy uchodziły za zaginione i specjaliści znali je jedynie z fotografii. Dopiero po 1994 r., kiedy prof. Karolina Lanckorońska podarowała rodzinną kolekcję narodowi polskiemu, rozpoczęły się prace nad weryfikacją autorstwa dzieł. Ostatecznie prof. van de Wetering z Rembrandt Research Project, który badał obrazy trzykrotnie, potwierdził ich autentyczność.
Od 4 listopada „Dziewczynę w ramie obrazu” i „Uczonego przy pulpicie” można podziwiać w nowej galerii na parterze Zamku Królewskiego w Warszawie.