Jedna noc w Paryżu, z 14 na 15 listopada roku. Maria Skłodowska-Curie otrzymuje list od jednego z członków Komitetu Noblowskiego. Szwed prosi ją, żeby nie przyjeżdżała odbierać właśnie przyznanej jej nagrody, z powodu skandalu, jaki wybuchł kiedy uczona, po śmierci Piotra Curie, nawiązała romans z Paulem Langevinem. Podczas bezsennej nocy Maria dokonuje obrachunku życia. Przypomina sobie amerykańską tancerkę Loie Fuller, która chcąc świecić w ciemności, posmarowała kostium radem. Wpływ pierwiastków promieniotwórczych na ludzki organizm nie był wówczas znany, Fuller, oczywiście, zachorowała i zmarła. Przed zastosowaniem radu ostrzega też Marię Albert Einstein, który widzi potencjalny materiał do budowy bomby jądrowej.
Ta noc stanowi punkt wyjścia libretta opery „Madame Curie”, której światowa prapremiera odbyła się w Paryżu 15 listopada. Kompozytorka Elżbieta Sikora przyznaje, że wybitna uczona od dawna ją fascynuje. Tak samo twierdzi Marek Weiss, dyrektor Opery Bałtyckiej, która spektakl przygotowała i wystawiła. - Maria Skłodowska-Curie była jedną z największych postaci w naszej historii. O wiele bardziej wartościową i wytrwałą niż na przykład Tadeusz Kościuszko, który miał w życiu różne zawirowania. Nasi bohaterowie, władcy, królowie nie dorastali jej do pięt – mówi Weiss. A odtwarzająca rolę Skłodowskiej-Curie sopranistka Opery Bałtyckiej Anna Mikołajczyk twierdzi: „Żyła ona cały czas pełnią życia, jakby była wiecznie młoda. Nic jej nie tłamsiło, nie przeszkadzało jej działać”.
Dzięki operze zapamiętamy wybitną noblistkę nie jako oschłą uczoną, ale kobietę z krwi i kości, targaną namiętnościami i dylematami moralnymi. „Jestem z tych, którzy wierzą, że Nauka jest czymś bardzo pięknym” – to słowa samej Skłodowskiej-Curie.