All you need is love. Tak twierdzili Beatlesi, tak uważa publicysta Edwin Bendyk, który postuluje, że to miłość, a nie konkurencja, hierarchia i dominacja jest rozwiązaniem bolączek ludzkości w XXI wieku. Tak też twierdzą organizatorzy i twórcy wystawy „Podróż na Wschód” zaprezentowanej w Galerii Arsenał w Białymstoku i kilku innych miejscach przestrzeni publicznej miasta. Artyści z Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy mieli za zadanie pokazać miłość i inne pozytywne emocje w postkomunistycznym społeczeństwie.
Czy to działa? Czy to tylko utopia? Wystawione prace nie odpowiadają na te pytania wprost. Jednak widz doświadcza raczej poczucia zagubienia, wyobcowania i potęgi ironii. Mężczyzna zostawiający na brudnej ścianie szminkowe ślady pocałunków. Miasto-widmo, zanurzone w wodzie puste bloki. Ironiczny film Stasa Volyazlovsky'ego, który nago i w różowych majtkach tańczy otoczony ukraińską i zachodnią tandetą. Zdjęcia Alevtiny Kakhidze z cyklu „Jestem spóźniona na samolot, na który nie sposób się spóźnić”; cykl powstały tylko i wyłącznie dzięki wielkoduszności dwóch bogatych Ukraińców, którzy łaskawie zaprosili artystkę na pokład prywatnego samolotu.
Na Wschód? Jeszcze jedna kontrowersja związana z wystawą. Według kuratorki Moniki Szewczyk dla większości Polaków wyjazd do Białegostoku już jest podróżą na Wschód. Ze Wschodu (patrząc z Polski) pochodzą zaproszeni artyści. Jednak mieszkańcy reprezentowanych na wystawie krajów nie myślą o sobie „Wschód”. Podobnie jak staramy się tak nie myśleć my, Polacy, chociaż niewątpliwie jesteśmy Wschodem dla Paryżan i Berlińczyków. Jak stwierdziła kuratorka Monika Szewczyk, ze „Wschodem” niewątpliwie łączy nas jedno: filmy Barei są tam rozumiane od razu, w przeciwieństwie do Zachodu.